Tzw. „uwłaszczenie naukowców” to umożliwienie dysponowania prawami własności przemysłowej w celach komercyjnych bezpośrednio tym, którzy są tejże własności twórcami. Często oczywiście z licznymi wyjątkami. Do czasu wejścia w życie przepisów wprowadzających w Polsce ten mechanizm zasadą było, że prawa te należą do jednostek naukowych, których pracownicy uzyskali stosowne wyniki. Naukowcy uprawnieni byli jednak do części wpływów, które jednostka uzyska w przypadku skutecznej komercjalizacji ich rozwiązań. W obecnym stanie prawnym uwłaszczenie może nastąpić w przypadku, gdy jednostka naukowa nie podejmie w określonym terminie decyzji o przyjęciu określonych wyników do komercjalizacji. Zdaniem twórców nowelizacji upodmiotowienie (?) naukowców poprzez uczynienie z nich aktorów pierwszego planu gry rynkowej w istotny sposób miałoby usprawnić transfer technologii z nauki do przemysłu. Efektywność tego procesu w ramach dotychczasowego systemu niewątpliwie była mizerna. Potrzeba podejmowania prób likwidacji istniejących blokad i utrudnień nie budzi zatem wątpliwości, pytaniem jednak pozostaje, czy „wąskiego gardła” istotnie należy szukać w zlokalizowaniu prawa do dysponowania efektami pracy naukowców w takim albo innym miejscu. Niewiele wskazuje na to, aby doświadczenia światowe dotyczące sprawności mechanizmu „uwłaszczeniowego” stanowiły przedmiot głębszej analizy twórców nowelizacji. Stanowi ona raczej przykład przypadkowego poszukiwania rodzaju „wajchy”, której przestawienie może niejako automatycznie spowodować określone zmiany, niż odpowiedniego wkomponowania nowego elementu w złożony i już funkcjonujący system. Uzasadnienie potrzeby uwłaszczenia naukowców, czy też, używając bardziej nobliwego języka, wprowadzenia tzw. „przywilejów profesorskich”, sprowadza się w gruncie rzeczy do jednego argumentu: motywacja finansowa będzie najskuteczniejszym środkiem pobudzającym pomysłowość, czy pracowitość naukowców. Przychody z komercjalizacji to dla jednostek naukowych marginalna część środków pozyskiwanych na działalność. Tymczasem dla twórców komercjalizacja własnych rozwiązań stanowi szansę na zwielokrotnienie dochodów, a co za tym idzie znaczącą motywację do ukierunkowywania badań i działań pod kątem wdrożeniowym. Nastąpić miałby w związku z tym koniec ciągnących się latami badań, których wynikiem jest brak istotnych wyników albo patenty umożliwiające wprawdzie osiągnięcie różnego rodzaju wskaźników lub ocen parametrycznych, ale niekoniecznie zainteresowanie nimi przemysłu. Istniejące, pozbawione już monopolu centra transferu technologii i spółki powoływane przez jednostki naukowe miałyby oferować więcej i lepszej jakości usługi, bo inaczej dysponenci praw mogliby skorzystać ze wsparcia innych tego typu podmiotów. Wreszcie same jednostki naukowe miałyby odczuć takie korzyści, gdyż w gruncie rzeczy cel takich jednostek i twórców, a w ogóle to całego państwa i społeczeństwa, o ile nie kosmicznego uniwersum jest wspólny: wzrost innowacyjności, wyrażający się zwiększaniem liczby wdrożonych do praktyki nowych rozwiązań technologicznych, a tym samym pomnożenie dochodów jednostek naukowych, budżetu państwa i sumy szczęścia powszechnego.

Ograniczenie się w uzasadnieniu nowelizacji do wskazania dwu tylko przykładów innych europejskich państw stosujących system tzw. przywilejów profesorskich nie jest przypadkiem, obowiązywanie tego mechanizmu stanowi bowiem obecnie wyjątek od reguły. Szwecja (podobnie zresztą jak inne kraje skandynawskie)  rzeczywiście zajmuje bardzo wysokie miejsce w europejskim rankingu innowacyjności. Włochy zasadniczo nie wykraczają jednak w tym zakresie ponad unijną średnią. Jednoczynnikowe wyjaśnienia, a więc właśnie ta mechanicystyczna perspektywa wajchy pozbawiona kontekstu instytucjonalnego i kulturowego, okazują się więc i w przypadku „uwłaszczenia naukowców” nie mieć głębszego sensu. Giganci transferu technologii w skali światowej, a więc głównie USA, Izrael i Wielka Brytania, ale też Francja, Niemcy, czy Belgia stosują zgoła inne zasady, owszem, wykorzystujące niekiedy elementy istniejące też w modelu uwłaszczeniowym, a wcale niemała liczba państw europejskich (np. Finlandia, Norwegia, Austria, Niemcy, Dania), w których był on stosowany, wycofała się z niego na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat.

W warunkach polskich wprowadzenie tego modelu budzi dodatkowe wątpliwości, gdyż nie tyle zmienia, co raczej burzy dotychczasowy system i zapoczątkowany proces „nastawiania” jednostek naukowych na logikę bardziej prorynkową. System, dodajmy, wprowadzony zaledwie kilka lat temu, który również zrewolucjonizować miał polską naukę. Dotychczasowym niedoskonałym rozwiązaniom w zasadzie nie dano szansy na rozwinięcie, chociaż liczne przykłady zagranicznych ośrodków komercjalizacyjnych, również tych działających przy jednostkach naukowych z ekstraklasy światowej, potrzebowały od kilku do kilkunastu lat, żeby osiągnąć zadowalającą efektywność działań. W konsekwencji dotychczasowy dorobek i poczynione nakłady na wypracowywanie procedur, tworzenie regulaminów, różnorakich strategii, kształcenie kadr, czy tworzenie instytucji przynajmniej w pewnej części pójdą ad kosz.

Wątpliwości dotyczące modelu uwłaszczenia naukowców.

Z uwłaszczeniem naukowców wiążą się niebagatelne problemy etyczne. Cały proces naukowy i technologiczny odbywa się w ramach publicznej jednostki naukowej, na jej sprzęcie i z wykorzystaniem zasobów sfinansowanych ze środków publicznych, jak biblioteki, bazy danych, recenzenci, pracownicy techniczni itd. Tymczasem uwłaszczeni naukowcy transferują wyniki  do prywatnych firm, a jednostce naukowej polski prawodawca nie zapewnia nawet ustawowej licencji na rozwijanie takich technologii, czy choćby na korzystanie z nich na zasadach innych, niż wynikające z zasad ogólnych prawa. Taki rodzaj „prywatyzacji” praw stoi zresztą w sprzeczności z aktualnymi zaczątkami tendencji do „upubliczniania” coraz szerszych zasobów i „luzowania” ochrony prawnej własności intelektualnej wytworzonej z użyciem środków publicznych. Nie pozbawione podstaw mogłyby zatem okazać się obawy przed możliwym skupowaniem np. przez podmioty zagraniczne bezpośrednio od twórców, za stosunkowo niewielkie sumy, wyników o istotnym znaczeniu gospodarczym lub nawet strategicznym, czy też wdrażania poza naszymi granicami rozwiązań opracowanych za pieniądze polskiego podatnika, co stałoby w sprzeczności z założeniem, że komercjalizacja ma służyć nie tylko prostym celom finansowym, czy wręcz wskaźnikowym, ale polskiej gospodarce i społeczeństwu.

Wydaje się także, że rozwiązanie to stoi w sprzeczności ze współczesnymi mechanizmami rozwoju projektów naukowo-technologicznych. Tendencją w wiodących jednostkach naukowych (a więc wyzwaniem dla jednostek polskich) jest budowanie dużych zespołów o zróżnicowanych, komplementarnych kompetencjach, które mogą zapewnić wsparcie i stanowić zaplecze dla przedsięwzięć stricte komercyjnych. Tymczasem uwłaszczenie naukowców sprzyjać raczej może rozbijaniu zespołów. Część naukowców, zorientowanych najbardziej komercyjnie, skoncentruje się na działalności w spółkach spin-offowych, reszta (dysponująca częścią praw do komercjalizowanych rozwiązań) pozostanie w jednostkach lub próbować będzie godzić te dwie nie do końca do siebie przystające role. W efekcie tego „szara strefa” w nauce, którą przywileje profesorskie mają w założeniu ograniczać, niekoniecznie się zmniejsza. Pozbawione zasadniczych praw jednostki naukowe nie mają też motywacji, by swoimi zasobami uzupełniać w odpowiednim zakresie braki zespołów zajmujących się komercjalizacją w zewnętrznych spółkach. Tymczasem komercyjne zasady takiego wsparcia (prace zlecone) mogą być niemożliwe do udźwignięcia dla podmiotów nie uzyskujących jeszcze dochodów z komercjalizacji gotowych rozwiązań.

Jest to temat na odrębne opracowania, trudno jednak pominąć inną fundamentalną tendencję rozwoju nauki (rzecz dotyczy oczywiście głównie nauk przyrodniczych), której polskie regulacje, w tym uwłaszczenie naukowców, chyba stają w poprzek. Chodzi o ułatwianie współpracy tyleż różnych jednostek naukowych, co zespołów badawczych z różnych jednostek i tworzenie zespołów łączonych, w tym w formie tzw. wirtualnych instytutów. Indywidualne regulaminy zarządzania własnością intelektualną, które musi posiadać każda publiczna jednostka naukowa, raczej utrudniają niż zachęcają do jakiejkolwiek współpracy. Zasadą jest bowiem totalne zabezpieczanie „własnej” własności intelektualnej, a w konsekwencji liczne czynności administracyjne niezbędne np. do wymiany najprostszych nawet danych. Pozbawienie prawa dysponowania własnością przemysłową jednostek naukowych oznaczać może znaczące utrudnienie możliwości lub brak motywacji do skoordynowania i zorganizowania takiej współpracy przez jednostki (również na poziomie zapewnienia sprzętu) i przyjęcia długoterminowej polityki badawczej.

Istotnym, skądinąd oczywistym, a pomijanym zagrożeniem dla praktycznego funkcjonowania obrotu prawami własności przemysłowej w nowych warunkach jest rozszczepienie uprawnień do decydowania o sposobie korzystania z danego przedmiotu tych praw (np. wynalazku) na wszystkich współtwórców. Zbiorowy wkład w uzyskiwanie wyników badań naukowych i prac rozwojowych jest regułą. Oznacza to, że decyzje dotyczące komercjalizacji będą musiały być podejmowane kolektywnie. Pole do rozbieżności jest natomiast ogromne, bo wymaga to uzgodnienia całej koncepcji działań, poczynając od pytania, czy w ogóle albo na jakim etapie rozwoju technologii komercjalizować, przez jej formy (sprzedaż praw, licencja, aport), na decyzjach dotyczących finansów kończąc.

Podstawową jednak sprawą jest uświadomienie sobie złożoności procesu komercjalizacji i związanych z tym kosztów oraz możliwości ich pokrycia przez „uwłaszczonych”. Rozwijanie technologii do potrzeb przemysłowych, wyceny, analizy rynkowe, badania możliwości uzyskania ochrony prawnej i samo uzyskiwanie oraz utrzymywanie tej ochrony na rynku polskim i zagranicznych, usługi doradcze, śledzenie naruszeń praw i kierowanie roszczeń oraz egzekucja wyroków/decyzji itd. pociąga za sobą konieczność poniesienia kosztów w wysokości statystycznie niemożliwej do udźwignięcia nawet przez całe zespoły badawcze. Komercjalizacja wyników naukowych jest zaś sprawą obarczoną przeważnie bardzo istotnym ryzykiem inwestycyjnym, a im wcześniejszy stopień rozwoju danej technologii i większe w związku z tym koszty do poniesienia, tym, oczywiście, trudniej o pozyskanie inwestora.

Owszem, funkcjonują już podmioty prowadzące takie działania (przeważnie „od” albo „do” określonego etapu rozwoju danego technologii), istnieją też, póki co, środki publiczne umożliwiające dofinansowywanie pokrywania większości tego typu kosztów. Faktem jednak pozostaje, że im bardziej złożony i kapitałochłonny to proces, tym mniejszy faktyczny i finansowy udział w nim naukowców i tym ciaśniejsze oplątanie twórców siecią zobowiązań, a więc – chyba można zaryzykować takie mocne twierdzenie – tym bardziej iluzoryczne korzyści z dobrodziejstwa uwłaszczenia. W jego istotę należy też wpisać przemianę naukowca w regularnego przedsiębiorcę, który profesjonalnie zajmie się swoim interesem (zapewne nie bez szkody dla działalności naukowej, badawczej, czy dydaktycznej takiego twórcy, pytanie, nieco retoryczne, czy w ogóle nie dla tradycyjnego ethosu nauki) albo faktyczną utratę przez niego kontroli nad procesem komercjalizacyjnym i samym jego przedmiotem (przeważnie ścisła poufność danych, możliwość zakończenia współpracy obwarowana szeregiem zasieków prawnych, a więc ryzykiem finansowym itd.).

 Gdzie tkwi Diabeł?

Jeśli chodzi o sprawy już nie zasadnicze, odnoszące się do „przywilejów profesorskich” jako modelu, z którym związane są określone wady i zalety, a konkretne przepisy zawarte w nowelizacji, to nie miejsce tu na szczegółową ich analizę. Zwrócić należy jednak uwagę, że wprowadzonym przepisom określającym proceduralnie ewentualne uwłaszczanie naukowców nie odpowiadają żadne regulacje dotyczące samego procesu komercjalizacji, w szczególności w sytuacji, gdy prawa pozostają przy jednostce naukowej, tj. gdy ta podejmie decyzję o przyjęciu danych rozwiązań do komercjalizacji. Nie jest to moje oryginalne spostrzeżenie, jako bodajże pierwszy wyraził je publicznie rzecznik patentowy Marek Bury, ciężko jednak przeoczyć fakt, że przepisy nie przewidują istnienia jakichkolwiek środków umożliwiających wymuszenie na jednostce naukowej podjęcia realnego wysiłku komercjalizacyjnego. Zasada fikcji organizacyjnej wciąż nieformalnie panująca w polskich (i nie tylko) instytucjach publicznych (i nie tylko), w połączeniu z jak najbardziej formalnymi zasadami gospodarowania mieniem publicznym, w tym prawami własności intelektualnej, prawdopodobnie w bardzo wielu przypadkach zdecydują o wyborze przez decydentów racjonalnej z ich perspektywy ścieżki minimalizacji indywidualnego ryzyka, w oczywisty sposób sprzecznej z deklaratywnymi celami nowelizacji i generalnie systemowym punktem widzenia. Decyzje o przyjmowaniu do komercjalizacji praktycznie wszystkich zgłaszanych wyników wyłączą możliwość „uwłaszczenia” twórców (jak się wydaje bezpowrotnie), zabezpieczą za to aparat administracyjny jednostek naukowych przed ryzykiem zarzutu ich „wywłaszczenia” w kontekście dyscypliny finansów publicznych. Jednocześnie bierne podejście do samego procesu komercjalizacji pozostanie w praktyce nieobarczone żadnymi konsekwencjami. Nie trudno zauważyć, że z grubsza rzecz biorąc właśnie z taką sytuacją mieliśmy do czynienia dotychczas, potwierdziłaby się zatem stara zasada, że wiele trzeba zmienić, żeby nie zmieniło się nic.

Jest stwierdzeniem może aż nazbyt trywialnym, że transfer technologii jest pochodną możliwości wytworzenia przez naukę rozwiązań technologicznych interesujących dla przemysłu oraz potencjału przedsiębiorstw do wdrożenia ich w swojej działalności. Inne czynniki, których znaczenia oczywiście nie sposób lekceważyć, decydują o sprawności tego procesu. Można się zastanawiać, czy umiejscowienie prawa do dysponowania własnymi rozwiązaniami po stronie naukowców takiemu usprawnieniu służy. Trudno mieć jednak wątpliwości co do tego, że szansa na zaistnienie w szerszej skali potencjalnie pozytywnych skutków uwłaszczenia naukowców została w przypadku polskiej nowelizacji zminimalizowana na mocy samych przepisów wprowadzających ten mechanizm w życie. Przeniesienie poza system prawa powszechnego, na poziom umów cywilnoprawnych oraz do regulaminów konkursów grantowych decyzji o dysponowaniu prawami własności przemysłowej w stosunku do wyników prac finansowanych lub współfinansowanych przez podmioty zewnętrzne wobec jednostek naukowych. Wyłączenie z tego mechanizmu w toku uzgodnień międzyresortowych instytutów badawczych (siła przebicia Ministerstwa Gospodarki i lobbujących za tym dyrektorów instytutów podległych temu ministerstwu), a więc publicznych jednostek naukowych przynajmniej teoretycznie najbliższych potrzebom gospodarczej praktyki. Przepisy i zasady stwarzające najprostsze możliwości, o ile nie zachętę, do przyjmowania bezpiecznej taktyki działań pozornych. Wszystkie te czynniki pozwalają przewidywać powstanie kolejnej atrapy prawnej, rodzaju „fikcji uwłaszczeniowej” i rażącego rozdźwięku między rzucanymi hasłami-zaklęciami, a rzeczywistością.

Zarysowana powyżej grubą kreską wizja to oczywiście tylko czarny scenariusz, nie potwierdzony jeszcze praktyką i sytuacja, która z czasem, wraz z nabieraniem doświadczeń, pojawieniem się wytycznych, czy orzecznictwa, prowadzeniem efektywnego nadzoru nad jednostkami naukowymi, może się zmienić. Jeśli nie, w rękawie pozostanie stary, wielokrotnie sprawdzany w najcięższych warunkach bojowych as: nowelizacja nowelizacji.

Autor: Wojciech Sława Darkiewicz
07.07.2015